Nie miałam czasu ani ochoty na czekanie na Lucy. Spotkanie z tym chłopakiem za bardzo mnie zdenerwowało i nie miałam siły słuchać gadania współlokatorki. Bardzo ją lubiłam, ale czasami była męcząca. Postanowiłam, że pójdę sama do świątyni, a jej później jakoś to wytłumaczę.
Tym razem kapłanka już na mnie czekała, jakby wiedziała kiedy się zjawię. Przywitała mnie jak wcześniej, na co odpowiedziałam jej tym samym. Zaprosiła mnie na górę. Pokonując ogromne schody trochę się zmęczyłam. Było ich naprawdę wiele. Ona zaś nie miała nawet przyspieszonego oddechu. Czyżby miała jakiś wyjątkowy dar? A może po prostu już się do tego przyzwyczaiła...
Za drzwiami krył się całkiem spory pokój, a właściwie dwa. Jeden z nich był sypialnią kobiety. Stało tam łóżko z baldachimem, kanapa i dwa fotele oraz duża półka z książkami. W oczy rzucała się spora ilość kwiatów i kadzidełek. Po głębszym wdechu, dostałam lekkich zawrotów głowy. Kadzidełka nie pachniały jak w chrześcijańskim kościele. Była to bardziej woń kwiatów, które mieszała się z dymem.
W drugim pokoju, do którego prowadziły kolejne drzwi, znajdowały się dwie pudrowe kanapy, stojące naprzeciwko siebie i stolik między nimi. W zagłębieniach pomieszczenia można było dostrzec figurki bogini. W tym pokoju nie czuć było kadzidełek. Unosił się tu raczej zapach delikatnych kobiecych perfum.
Kapłanka Avril wskazała mi miejsce na jednej z kanap, a sama usiadła na drugiej, tak że mogłyśmy patrzeć sobie w oczy. Zapytała czy nie zechcę się czegoś napić. Pokiwałam przecząco głową. Chciałam po prostu z nią porozmawiać i dowiedzieć się kilku rzeczy. Nie miałam czasu na głupie pogaduchy.
- Jaką masz moc, kochanie? - zapytała spokojnym głosem.
- Potrafię władać wodą - odpowiedziałam prawie szeptem.
- Ooo... - zaciekawiła się - to ciekawe.
Spojrzałam na nią pytająco, lecz ona chyba nie zamierzała kontynuować tego tematu. Poprawiła się na kanapie i wygładziła swoją piękną, białą suknię.
- Co chciałabyś wiedzieć? - powróciła do rozmowy.
- Opowiedz mi coś o bogini. Czy każdy musi w nią wierzyć?
- Nie. Sati to niezwykła bogini. Uczymy się od niej spokoju i opanowania. Pokazuje nam jak zachować równowagę między pozornymi sprzecznościami ludzkiej natury. Jest dla nas uosobieniem piękna i wdzięku. Modlimy się do niej zawsze, kiedy mamy jakieś troski, ale nie tylko. Raz w miesiącu obchodzimy obrzędy Pełni Księżyca, aby ją czcić i dziękować za dary, jakimi nas obdarzyła. Co do Twojego pytania, nie każdy musi w nią wierzyć. Nie mogę zmusić nikogo do zmienienia swojej wiary. Przekonasz się jednak, że tak jest lepiej. Możesz wierzyć w swojego boga, ale nie zmuszaj do tego innych. My tolerujemy Twoją wiarę, Ty tolerujesz naszą. Jednak nie masz wtedy wstępu na obrzędy.
- Rozumiem. Mam jeszcze jedno pytanie... Jest trochę kłopotliwe.
W tej chwili spojrzałam na jej szyję. Widniał na niej piękny tatuaż, przedstawiający gołębicę. Już wiedziałam, skąd wzięło się u mnie to porównanie. Rysunek był bardzo rozbudowany. Gwiazdy i kwiaty sięgały od szyi po ramiona, plecy, a nawet dekolt. Chwilę wpatrywałam się w to arcydzieło bogini, a później ponownie się odezwałam.
- Na czym polega Twoja moc?
- Potrafię kontrolować nastrój innych. Mogę ich uspokoić, zdenerwować, a nawet doprowadzić do rozpaczy. Umierających przygotowuję do śmierci i pokazuję im ją w jak najdelikatniejszy sposób, sprowadzam na nich spokój. Jest to moc podobna do bogini, dlatego zostałam jej kapłanką. Taką moc posiada także wicedyrektorka szkoły, lecz u niej jest to jedynie początkowe stadium. Moc nigdy nie rozwinęła się u niej w pełni. I tak już zostanie.
- To wspaniała moc, ale może być też zdradliwa - pomyślałam - Masz piękny tatuaż - powiedziałam już na głos.
- Dziękuję. Nie rozumiem dlaczego Ty ukrywasz swój za włosami. Na pewno jest niezwykły, jak Ty Melanie.
- Dlaczego uważasz, że jestem niezwykła? - zapytałam zaciekawiona.
Avril chwilę się zastanowiła. Po jej wyrazie twarzy można było się domyślić, że prowadzi wewnętrzną walkę. Czy było we mnie coś wyjątkowego? Myślałam raczej, że będę przeciętna lub gorsza...
- Posłuchaj... Panowanie nad wodą i ogniem to najbardziej niespotykane moce. Ci, którzy zostali tym obdarzeni są naprawdę rzadko spotykani. W historii było ich zaledwie kilku. Jesteś wyjątkowa, Melanie. Pokaż mi swój tatuaż, chcę go zobaczyć - nachyliła się w moją stronę.
Zszokowało mnie jej wyznanie. Tacy jak ja rodzą się bardzo rzadko? Nie mogłam w to uwierzyć.
- W tym problem, że nie mam tatuażu - powiedziałam zasmucona i odgarnęłam włosy.
Kobieta zamarła. Chyba sama nie była pewna, co to może oznaczać. Zaczęła pytać szczegółowo o mój dar, a ja musiałam jej wszystko wyznać. Powiedziała, że musi to sprawdzić, odprowadziła mnie do drzwi i pożegnała.
Wyszłam ze świątyni zawiedziona. Myślałam, że otrzymam odpowiedź na pytanie, które tak mnie dręczyło. Dlaczego nie miałam tatuażu? Wróciłam do internatu i skierowałam się w stronę kuchni. Przy jednym ze stołów zauważyłam paczkę moich przyjaciół, więc wzięłam szybko kawałek lasagne, którą ktoś przygotował dla wszystkich, i powędrowałam do nich. Zajęłam miejsce obok Vi i przywitałam się.
- Jesteś w końcu. Dlaczego na mnie nie poczekałaś? Przecież miałyśmy iść razem - rzuciła się Lucy.
- Przepraszam - spuściłam głowę - musiałam się wyciszyć w samotności.
Przyjaciele stracili zainteresowanie moją osobą i wrócili do rozmawiania na swoje tematy. Jedynie Tay czasem na mnie zerkał i uśmiechał się delikatnie, a jednocześnie pytająco. W końcu dyskretnie się do mnie przysunął i zapytał, co się stało.
- Zdenerwował mnie taki chłopak w stadninie. Wspaniale jeździł na koniu i zapatrzyłam się na niego, przypadkowo wchodząc na tor. Powiedział, że mam spadać i w ogóle był niemiły. Nieważne...
- Jak wyglądał? - Tay spoważniał.
- No, był raczej wysoki. Nie wiem dokładnie, bo siedział na koniu. Ogólnie bardzo przystojny. Miał chyba ciemne włosy, ale najbardziej w pamięć zapadły mi jego oczy. Były takie ciemne i tajemnicze... Trochę się go nawet wystraszyłam przez te oczy... - zaśmiałam się głupio, przywołując wspomnienia.
- O mamuniu! - krzyknął.
Nagle wszyscy odwrócili się w naszą stronę. Spojrzeli na nas zdziwieni, a wszystkie rozmowy ustały.
- Co się takiego stało, naszej pięknej Meli, że tak krzyczysz, Tay? - zapytał Oliver, a już po chwili jego ręka spoczywała na moich ramionach, chociaż siedział w sporej odległości ode mnie.
- Ona rozmawiała z Aronem! - wyszeptał, ale tak, aby każdy zrozumiał.
Na twarzy każdego pojawiła się inna emocja. Camille wydała się nagle bardzo rozmarzona. Vi zacisnęła zęby i wydawała się być wkurzona. Oliver spoważniał i zabrał rękę. Lucy szeroko otworzyła usta, a Tay nadal siedział blisko i wyglądał na dumnego z siebie, za to że odkrył taką tajemnicę.
- Przecież to najprzystojniejsze ciasteczko w całej szkole! Każda marzy, żeby z nim być! Tylko nieliczne dziewczyny mają możliwość zamienienia z nim chociaż słowa. Na mnie nawet nigdy nie spojrzał! - wykrzyczała Camille i wróciła do swoich rozmyślań nad chłopakiem.
- Właśnie! To przewodniczący całej szkolnej elity! Wow! - zawtórowała Lucy.
- Przestańcie. Może jest przystojny, ale to największy dupek jakiego znam. Bawi się uczuciami dziewczyn, wykorzystuje do swoich celów, a później zostawia je ze złamanym sercem - wkurzyła się Vi.
- Nikogo nie traktuje poważnie, no może oprócz tych swoich koleżków... - dołączył się Oliver.
- Chętnie bym mu przyłożył... - warknął Taylor - ale masz jednak szczęście, że się do Ciebie odezwał.
- Co mówił? - wtrąciła znowu Lucy.
- Nie był zbyt miły. Powiedział, że mam zejść z toru, bo mu przeszkadzam - skrzywiłam się.
Wszyscy westchnęli, jakby wiedzieli o czym mówię. Wrócili do jedzenia, a ja zaczęłam się zastanawiać, co takiego jest w tym chłopaku.
I dlaczego właśnie do mnie się odezwał?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz