środa, 4 stycznia 2017

Rozdział 4

Moim oczom ukazała się piękna świątynia. Z zewnątrz budynek wydawał się niewielki, jednak w środku był ogromny. Naprzeciwko wejścia stała wielka rzeźba, przedstawiająca kobietę. Domyśliłam się, że była to Bogini. Zachwycała swą urodą. Wokoło niej stały różnokolorowe świece. Wyglądało to na ołtarzyk, przeznaczony do modlitwy. Po bokach stały ławki. 
Na prawo od wejścia dostrzegłam schody, prowadzące na górę. Było ich naprawdę wiele, a w dodatku zakręcały w kilku miejscach. Na końcu dostrzegłam pięknie zdobione drzwi. 
Nagle pojawiła się w nich kobieta. Olśniewała swą urodą, biło od niej mądrością i spokojem. Od razu skojarzyła mi się z białą gołębicą. Zaczęła schodzić na dół. Poruszała się bezszelestnie. Mogłoby się zdawać, że wcale nie dotyka stopami podłoża. Długi blond warkocz delikatnie falował na jej plecach podczas ruchu. Kiedy zeszła na dół, przełożyła go na ramię. 
- Witaj - powiedziała łagodnie i uśmiechnęła się, a następnie skrzyżowała ręce na sercu i pochyliła się. Zrobiłam to samo, nie wiedząc, co to tak naprawdę oznacza. 
- Z czym do mnie przychodzisz, drogie dziecko? - zapytała. 
Poczułam suchość w gardle. Tak bardzo zatraciłam się w zachwycaniu się ów kobietą, że zapomniałam co miałam powiedzieć. Ona zaś zaśmiała się ciepło i podeszła bliżej, co dodało mi nieco otuchy. 
- Nazywam się Melanie Blackbird. Pani jest kapłanką, tak? - uśmiechnęłam się głupio. 
- Tak, córko. Witaj w Świątyni Sati, naszej bogini. Ja jestem Avril, kapłanka. Zapytam ponownie. Jaki jest powód Twojej wizyty? 
- Chciałabym porozmawiać o Sati, a także zapytać o kilka rzeczy związanych z tym miejscem. 
- Nie opowiem Ci niczego o tych budynkach. Możesz zapytać o to nauczycieli lub dyrektora. Jestem tu tylko od spraw duchowych i związanych z mocą - wyjaśniła krótko. 
- Nie do końca o to mi... - przerwałam. Wzięłam wdech i zaczęłam od początku - Chciałabym zapytać o tatuaże. 
- Rozumiem. A więc tatuaż... - zaczęła, ale nie dałam jej szansy skończyć. Nie miałam teraz czasu. 
- Myślę, że to rozległy temat, a śpieszę się do szkoły. Właściwie chciałam tylko umówić się na wizytę później - skrzywiłam się, bo wydało mi się, że jestem niemiła. 
- Nie jestem pedagogiem, z którym trzeba ustalać jakieś terminy spotkań. Przyjdź, kiedy będziesz miała ochotę. 
Pożegnałam się z kapłanką i wyszłam ze świątyni. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że przez całą wizytę napinałam mięśnie. Rozluźniłam się i ruszyłam pewnym krokiem w stronę szkoły. Miałam jeszcze pół godziny do rozpoczęcia lekcji, więc zaczęłam poszukiwanie odpowiedniej sali. Na planie zajęć napisane było : ,,NOM, sala 112". Idąc korytarzem spoglądałam na numerki drzwi. Weszłam na drugie piętro i dopiero tam odnalazłam klasę. 
Była otwarta, więc po cichu weszłam. Zastałam tam kilkoro uczniów, którzy byli zajęci swoimi sprawami i nie zwracali uwagi na mnie. Zajęłam miejsce w najmniej widocznej ławce, a później wyciągnęłam notatnik. Usłyszałam wibracje telefonu. Dzwoniła mama. 
- Cześć, mamo - przywitałam się. 
- Witaj, córeczko. Co tam u Ciebie? Wstałaś już? Jadłaś śniadanie? Jakie masz lekcje? Podoba Ci się tam? Nie tęsknisz? Bo my bardzo. Dzwoniłam do dyrektora chyba ze 100 razy, ale powiedział, że nie zajmuje się rodzinnymi sprawami. Chciałam, żeby powiedział Ci, że tęsknimy... - zalała mnie paplaniną. 
- Mamo... Nie mogę teraz rozmawiać, zaraz zaczną się zajęcia. Odezwę się później, pa. Kocham Cię - zakończyłam rozmowę, zanim zdążyła coś odpowiedzieć. Naprawdę miałam dość jej nadopiekuńczości. Przesadzała. W końcu byłam już dużą dziewczynką i potrafiłam poradzić sobie sama. 
Odłożyłam telefon do torebki i oparłam łokcie o blat. Niedługo potem zadzwonił dzwonek i klasa zapełniła się uczniami. Następnie do pomieszczenia weszła nauczycielka (równie piękna jak inne) i kazała nam zająć miejsca. Sprawdziła listę obecności, a później przedstawiła mnie zgromadzonym. 
Właśnie siadałam do ławki, kiedy do sali wbiegła zdyszana Lucy. 
- Prze...przepra...przepraszam za spóźnienie - wydusiła - Zaspałam. Nikt mnie nie obudził... 
Spojrzałam na nią z urazą, ale kiedy puściła mi oczko, od razu parsknęłam śmiechem. Byłam pewna, że nie można się z nią nudzić. 
Zajęła miejsce obok mnie i wyjęła podręcznik. Chwilę odpoczęła, a później zapytała mnie o przebieg wizyty w świątyni. Opowiedziałam jej wszystko i wyjawiłam plany na popołudnie. Zaproponowała, że odprowadzi mnie tam po obiedzie. 
Skupiłam się na lekcji. Zdziwiło mnie to, że wcale nie używaliśmy zeszytów ani notatników. Korzystaliśmy tylko z podręcznika. Zajęcia były bardzo ciekawe. Dowiedziałam się dużo o rodzajach mocy, jakie można posiadać. Po tym co mówiła nauczycielka, nie każda moc była odbierana jako dar. Czasami objawiała się niemal jako przekleństwo. 
Moją następną lekcją była sztuka. Słuchaliśmy na niej różnych utworów pisarzy, wykonywanych przez uczniów ze starszych klas. Mieli naprawdę niezwykły talent. Ich mowa zapierała dech w piersiach. Nigdy wcześniej nie miałam okazji słuchać tak pięknie recytowanych wierszy. 
Następne lekcje były podobne do tych z normalnej szkoły. Matematyka, przyroda, a nawet wychowanie fizyczne. Cieszyłam się, bo nikt nie zadał pracy domowej. Nie robiono tego w tym miejscu. Nauczyciele uważali, że szkoła to miejsce do nauki, a w internacie musimy odpoczywać. 
Ostatnie zajęcia tego dnia  miały na celu nauczyć mnie jazdy konnej. Nie mogłam się tego doczekać. Wyobrażałam sobie, jak mknę na koniu, a włosy falują mi na wietrze. Wszystkie moje marzenia prysły jak bańka mydlana, kiedy usłyszałam przemowę nauczyciela. Był najgorszy ze wszystkich pedagogów z tej placówki. W ogólne nie przejmował się, że jestem na tych zajęciach nowa i nic nie potrafię. Kazał zrobić reszcie ,,to, co zawsze''. Ponadto dowiedziałam się, że na pierwszym roku wcale nie będziemy jeździć na tych pięknych zwierzętach. Nawet na nie nie wsiądziemy. W zamian za to będziemy musieli sprzątać ich boksy i karmić. To by było na tyle z kontaktu ze zwierzęciem. Większość czasu będziemy poświęcać uczeniu się teorii. 
Kiedy wszyscy rozeszli się po narzędzia do sprzątania, ja zostałam na środku i nie wiedziałam, gdzie się podziać. Domyśliłam się, dlaczego żadne z moich nowych znajomych nie wybrało tego przedmiotu. Zapewne znali tego nauczyciela, a karmienie i sprzątanie po koniu nie należało do ich ulubionych zajęć. 
Mężczyzna spojrzał na mnie groźnie i zapytał swoim niskim głosem: 
- A Ty kto? 
- Nazywam się Melanie Blackbird. Jestem nowa, to moje pierwsze zajęcia. 
- Ach, tak... - złagodniał - Chodź ze mną. 
Zaprowadził mnie do jakiegoś pomieszczenia i kazał usiąść na kanapie, a sam wziął jakąś kartę i zajął miejsce obok mnie. 
Nie był stary, wręcz przeciwnie. Wyglądał na 25-30 lat. Miał kruczoczarne włosy i delikatny zarost. Można powiedzieć, że zachwycał urodą, ale zniechęcał charakterem. Położył rękę na moim kolanie, przez co poczułam dyskomfort. Nie zdążyłam zareagować, ponieważ zaczął mówić. Musiałam wypełnić kartę zgłoszeń na zajęcia jazdy konnej. Jak się okazało, nie wystarczyło to, że chcę brać udział w tej lekcji. Musiał sprawdzić czy się do tego nadaję. Póki co kazał mi wrócić na salę i popatrzeć na pracę innych. Tak więc zrobiłam. 
Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam, że po sali biega koń. Nie był on puszczony wolno. Na jego grzbiecie siedział bardzo przystojny chłopak, którego widok sprawił, że nie mogłam nabrać powietrza do płuc. Szłam przed siebie jak zombie, pchana pragnieniem poznania tajemniczego jeźdźca. Wyglądało na to, że trenuje. 
W pewnej chwili skierował bieg konia prosto na mnie i zatrzymał się dopiero, kiedy znalazł się tuż przede mną. 
- Złaź stąd - zabrzmiał groźnie. 
- Słucham? - ocknęłam się. 
- Zejdź z toru, przeszkadzasz mi. 
- A, tak. Wybacz, nie chciałam. Twoja jazda przyciągnęła moją uwagę... - zaczęłam się tłumaczyć.
- Po prostu wyjdź - przerwał mi. 
Zabrzmiał dzwonek. Wyszłam z budynku i skierowałam się do świątyni. 

Brak komentarzy: