wtorek, 20 grudnia 2016

Rozdział 3

Musiałam wstać wcześniej niż zwykle. Prawdę mówiąc, miałam nadzieję, że lekcje zaczynają się tutaj później niż w normalnych szkołach. Myliłam się. Wszystko przebiegało tu bardzo podobnie jak w każdej placówce edukacyjnej.
Zaspana poszłam do łazienki. Przebrałam się w wygodne jeansy i koszulkę, a na to nałożyłam mundurek, który wpasował się do mojego stroju. Uczesałam się i starannie umyłam zęby. Postanowiłam też, że zrobię delikatny makijaż, ponieważ musiałam zakryć worki pod oczami.
Nie spałam najlepiej. Cały czas się budziłam i nie potrafiłam zasnąć na dłużej. Kiedy już udało mi się zdrzemnąć, śnił mi się jakiś koszmar, który ponownie mnie budził. Obawiałam się, że zasnę na jakiejś lekcji.
Wyszłam z pomieszczenia i zapakowałam do torebki wszystkie niezbędne rzeczy, m.in. długopis, notatnik i telefon. Obudziłam Lucy, która jeszcze spała i zawiadomiłam ją, że idę zjeść śniadanie. Spojrzała na mnie zdziwiona, a później skierowała wzrok na zegarek. Pewnie była zaskoczona godziną. Była 6.00. Lekcje zaczynały się dopiero za 2 godziny, a ja już byłam gotowa do działania. Nic by mi nie dało pozostanie w łóżku, gdyż i tak nie zmrużyłabym oka. Poza tym, nie chciałam spóźnić się na zajęcia.
Zeszłam na dół i skierowałam się do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki mleko, a z szafki swoje ulubione płatki (na szczęście je kupowali). Przyrządziłam jedzenie i zajęłam miejsce przy jednym ze stolików na uboczu. Stołówka świeciła pustkami. Normalni uczniowie o tej porze jeszcze spali, ale nie ja. Od zawsze miałam obsesję na punkcie czasu. Nienawidziłam się spóźniać, było to dla mnie niedopuszczalne. Uważałam, że można w ten sposób okazać komuś brak szacunku. Wolałam przyjść wcześniej nawet pół godziny i czekać, niż zjawić się na ostatnią chwilę lub po czasie.
W poprzednim życiu zawsze zjawiałam się przed znajomymi. Kiedy umawialiśmy się, np. do kina, przychodziłam dużo wcześniej przed rozpoczęciem filmu. Znajomi byli na mnie źli i mówili, że nie chcą, żebym tak na nich czekała, bo czują się, jakby byli zawsze spóźnieni. Śmiałam się z tego, czasami przepraszałam, ale nigdy nie zmieniłam swoich zasad.
W spokoju spożywałam posiłek i rozmyślałam nad tym, jaką lekcję wybrać. W końcu zdecydowałam się na jazdę konną. Konie to duże i piękne zwierzęta, a jeszcze nigdy nie miałam okazji przebywać w ich pobliżu. Pomyślałam, że może to być super oderwanie od stresujących lekcji.
Kiedy skończyłam jeść, wstałam i chciałam odłożyć naczynie do zmywarki. W misce zostało jeszcze trochę mleka, ale nie lubiłam go wypijać bez płatków, więc zawsze oddawałam je kotom, które przychodziły pod nasz dom. Tutaj, niestety, musiałam je wylać. Szłam w kierunku kuchni, kiedy nagle ktoś na mnie wpadł. Pod wpływem uderzenia rozlałam mleko na podłogę i na osobę, która na mnie wpadła, a sama upadłam.
- Yyyy... - zaczęłam, chociaż nie bardzo wiedziałam, co mam powiedzieć. Przecież to nie moja wina, nie miałam za co przepraszać.
- Uważaj jak łazisz, krowo! - usłyszałam gniewny, wysoki głosik.
Spojrzałam w górę i zobaczyłam tlenioną blondynkę z przesadnym makijażem i dużymi piersiami, które nie wyglądały zbyt naturalnie.
- Wybacz, ale to Ty na mnie wpadłaś. Mimo wszystko przepraszam, że ubrudziłam Ci bluzkę. - przewróciłam oczami i podniosłam się. Nie chciałam zaczynać jakichś konfliktów w nowej szkole. Wolałam mieć przyjaciół lub przynajmniej być obojętna większości ludzi.
- Stul pysk! - krzyknęła i odeszła oburzona.
Stanęłam jak wryta. Co za małpa! Przeprosiłam ją pomimo braku mojej winy w tej sytuacji, a ona śmie tak do mnie mówić!
Moje przemyślenia przerwał głos jakiegoś chłopaka.
- Wszystko w porządku? - poczułam silny i zdecydowany uścisk na ramieniu, jednak był od przepełniony ciepłem i troską.
- Tak - uśmiechnęłam się do Taylora.
- Zaraz pomogę Ci to posprzątać. - popędził po jakąś ścierkę.
Kiedy wrócił, sprawnie pozmywał podłogę i zabrał miskę, która na szczęście ocalała. Potem wrócił ze swoim jedzeniem i zaproponował zajęcie miejsca przy stoliku. Chciałam już iść do szkoły, ale nie potrafiłam mu odmówić.
- Więc dlaczego znalazłem Cię stojącą nad rozlanym mlekiem i miską na ziemi? - zapytał między kęsami kanapki.
Poczułam uścisk w brzuchu. Miałam przeczucie, że nie powinnam mówić mu o tej dziewczynie i o całym tym zajściu.
- Zaczepiłam się i upadłam. Właśnie miałam odkładać miskę no i... cóż... tak wyszło - skierowałam wzrok na swoje palce i próbowałam ukryć zestresowanie.
- Jak odkryłaś swoją moc? - zaczął inny temat.
- Ymmm... Kiedy rodzice powiedzieli mi, że jestem adoptowana, zdenerwowałam się i wtedy poczułam mrowienie w żyłach, a potem z moich dłoni zaczęła lecieć woda. - starałam się brzmieć naturalnie.
- Ja zacząłem podnosić głazy i samochody - zaśmiał się. W odpowiedzi również się uśmiechnęłam. Nastała chwila ciszy, ale później Tay znowu zaczął:
- Jaka masz dziś pierwszą lekcję?
Szybko sprawdziłam plan lekcji i odpowiedziałam:
- N...O...M - skrzywiłam się.
- Nauka o mocach - szybko wyjaśnił mi ten skrót - Ciekawa lekcja. Na pierwszym roku uczymy się ogólnie o wszystkich mocach, a w następnych latach zostaniemy podzieleni na grupy, tj. żywioły, moce fizyczne i inne takie. Tak, żeby zgłębić wiedzę o swojej mocy.
- Jasne, reszta lekcji wydaje się zrozumiała. Dzięki - uśmiechnęłam się głupio.
Przyjemnie rozmawiało mi się z nowym kolegą, ale kiedy zauważyłam, że jest już 6.50 udzieliła się znowu moja obsesja.
- Wybacz, ale muszę już iść - skrzywiłam się.
- Lekcje są dopiero za godzinę, spokojnie - chyba zauważył moje zestresowanie.
- Musze jeszcze coś załatwić - wstałam i odeszłam od stolika, machając przy tym chłopakowi.
Po drodze zahaczyłam o kuchnię, zrobiłam kanapkę i pobiegłam do pokoju. Lucy jeszcze spała, więc ją obudziłam.
- Tutaj masz śniadanie. Szykuj się, musisz iść ze mną do kapłanki.
Dziewczyna spojrzała na mnie zmrużonymi, zaspanymi oczami. Patrzyła na mnie, jak na wariatkę.
- Możemy iść do niej po szkole - odparła cicho i ponownie ułożyła się na poduszce.
- Ale chcę przynajmniej umówić się z nią na spotkanie - nalegałam.
- To niepotrzebne, ale jeśli chcesz to idź. Znasz drogę - odwróciła się i udawała, że już śpi.
- Ale... - zawiesiłam się. Chciałam jej powiedzieć coś w stylu ,,Przecież obiecałaś, że tam ze mną pójdziesz", ale zrezygnowałam. Nie chciałam wyjść na desperatkę i nieudacznicę.
Zrezygnowana opuściłam pokój, a przed tym wzięłam z wieszaka kurtkę. Naciągnęłam ją na siebie i opuściłam internat.
Wzięłam głęboki wdech, rozkoszując się świeżym powietrzem. Skręciłam w stronę Świątyni, a kiedy już tam dotarłam, zapukałam. Nikt nie odpowiedział, więc powtórzyłam czynność. Kiedy i tym razem nie otrzymałam odpowiedzi, postanowiłam, że sama wejdę do środka.

Witajcie! Na wstępie przepraszam, że taki krótki rozdział, ale niedługo (mam nadzieję) pojawi się nowy. Może jeszcze przed świętami! Dziękuję za wszystkie wyświetlenia! Przepraszam też za ewentualne błędy. 

Brak komentarzy: