Wyjechaliśmy powoli w bramę wbudowaną w wysoki mur. Moim oczom ukazały się dwa ogromne budynki, które przypominały zamki. Zbudowane były z czerwonych, lekko wyblakłych cegieł. Łatwo można było się domyślić, że budynki zostały wybudowane bardzo dawno.
Zatrzymaliśmy się pośrodku placu. Rozglądałam się wokół, chcąc obejrzeć miejsce jak najdokładniej. Byłam tutaj pierwszy raz i czułam, że będzie trudno mi się odnaleźć. Zastanawiający wydał mi się fakt, że na placu nie było żadnego człowieka ani żadnej innej istoty.
Ostrożnie otworzyłam drzwi samochodu i postawiłam nogę na płytce brukowej. Nieco pewniej wydostałam na zewnątrz drugą nogę i podniosłam się. Niemal natychmiast poczułam konsekwencje długiej podróży, które objawiały się poprzez zesztywniałe ciało. Jeszcze raz się rozejrzałam. Miejsce wydawało się być w porządku. Zwykła, stara szkoła z internatem. Wiedziałam jednak, że taka nie była.
Pomachałam do rodziców na znak, żeby wysiedli z samochodu. Mama obeszła pojazd i zatrzymała się przy mnie, po czym objęła mnie ramieniem. Dodało mi to nieco otuchy, ale także wkurzyła mnie jej nadmierna opiekuńczość. Domyślałam się jakie myśli chodzą jej po głowie. Wiedziałam, że mnie kocha, ale czułam też, że uważa mnie za osobę, która nie poradzi sobie sama w życiu. Chciała mnie prowadzić cały czas za rękę.
Delikatnie wysunęłam się z jej objęcia i skierowałam się w stronę mniejszego budynku. Nie zdążyłam do niego wejść, gdyż w drzwiach pojawiła się kobieta. Jej uroda zadziwiała, aż przetarłam oczy ze zdziwienia. Miała długie blond włosy i oczy w morskim odcieniu. Na twarzy miała sympatyczny uśmiech i biła od niej pozytywna energia. Podeszła do mnie i wyciągnęła w moim kierunku dłoń o długich palcach z zadbanymi paznokciami. Powtórzyłam jej gest i uśmiechnęłam się grzecznie.
- Witaj. Jesteś tą nową uczennicą, tak? - zapytała swoim delikatnym głosem.
- Tak. Nazywam się Melanie Blackbird. - odpowiedziałam.
Nie czułam się nieswojo. Ta pani sprawiła, że odstresowałam się i przestałam myśleć o tym, co mnie czeka. Była po prostu bardzo miła i sprawiała, że miałam ochotę się do niej przytulić.
- Jestem wicedyrektorką tej placówki. Miło mi Cię przyjąć w nasze progi. - wskazała budynki - A to są Twoi rodzice?
- Witam. Nazywam się Jim, a to moja żona Melinda. Opiekujemy się Melą od kilku lat. - popatrzył na nią znacząco, jakby chciał za wszelką cenę uniknąć wypowiedzenia słowa "adopcja".
- Ja nazywam się Ashe. Zapraszam do środka.
Blondynka zaprowadziła nas pod gabinet dyrektora szkoły i kazała chwilę zaczekać. Sama zaś weszła do pomieszczenia i zamieniła kilka słów z osobą, która była w środku. Po chwili mogliśmy już tam wejść. Dyrektor - młody facet o ciemnych włosach i oliwkowej karnacji, przywitał nas i wskazał miejsca, które mieliśmy zająć. Przedstawił nam główny cel tej szkoły i opowiedział o internacie. Dowiedziałam się, że został mi przydzielony pokój, w którym mieszkała już jakaś dziewczyna. Ścisnęło mnie w żołądku na myśl o tym, że muszę zapoznać się z kolejną osobą.
Byłam dosyć nieśmiała, ale mimo to potrafiłam być wygadana. Miałam nadzieję, że przypadnie mi mieszkać z kimś przynajmniej miłym.
Dyrektor - Connor Case, tak jak odczytałam z jego plakietki, wręczył mi osobisty regulamin szkoły, jaki posiadał każdy uczeń i wstał, aby zaprowadzić mnie do internatu.
Tutaj nastąpiła chwila, w której miałam pożegnać się z rodzicami. Nie byli mi już do niczego potrzebni, tym bardziej, że nie mogli wejść do budynku z pokojami uczniów. Przytuliłam się do nich mocno i zapewniłam, że dam sobie radę.
- Uważaj na siebie. Odezwę się jutro. - powiedziała Melinda.
Jeszcze raz ich ucałowałam i odprowadziłam do samochodu. W końcu odjechali, a ja zostałam sam na sam z dyrektorem.
Przeszliśmy do drugiego budynku. Od razu wydał mi się bardzo przytulny i przestrzenny. Zaczął opowiadać o historii szkoły, kiedy nagle zza rogu wychyliła się jakaś dziewczyna.
- Lucy! - zawołał dyrektor, a dziewczyna od razu podeszła. - Poznaj Melanie Blackbird. Jest tutaj nowa, zaprowadź ją, proszę, do jej pokoju. - podał dziewczynie karteczkę z numerkiem pokoju, a następnie wyszedł.
Dziewczyna spojrzała na mnie. Miała blond włosy, wpadające w rudy i jasną cerę. Uśmiechała się przyjaźnie.
- Dyrektor woli, żebyśmy sami załatwiali takie sprawy. Sądzi, że dzięki temu nowym uczniom będzie lepiej się wpasować. Poza tym ma dużo spraw na głowie i nie zajmuje się odprowadzaniem nowych do pokojów. - powiedziała - Tak w ogóle to jestem Lucy. Mam moc panowania nad ziemią i roślinami. Miło mi Cię poznać.
- Melanie. Woda. - wykrztusiłam. Lucy zaśmiała się w odpowiedzi i ponownie spojrzała na kartkę.
- Wygląda na to, że będziemy razem mieszkać. - uśmiechnęła się.
Lucy zaczęła oprowadzać mnie po całym internacie. Na parterze znajdowała się kuchnia i ogromny salon z wieloma kanapami i telewizorami. Dowiedziałam się, że każdy korzysta z kuchni kiedy chce i nikt nie przygotowuje nam posiłków. Ucieszyłam się na tą wiadomość, ponieważ wolałam przygotowywać sobie jedzenie sama. Nastolatka pokazała mi zawartość lodówek (było ich kilka). Znalazłam w nich swoje ulubione składniki, co jeszcze bardziej mnie ucieszyło. Potem poszłyśmy na piętro. Znajdowało się tam wiele pokoi uczniów, także pokoje nauczycieli, jednak były one bardziej oddalone.
Weszłyśmy do naszego pokoju. Ściany miały pastelowe kolory. W pomieszczeniu stały dwa łóżka, duży stolik i dwie szafy oraz szafki nocne. Przyłączona była też łazienka z prysznicem.
Zajęłam łóżko po lewej stronie. Położyłam swoje rzeczy i zaczęłam je powoli wykładać.
- Właściwie, to dlaczego nie spotkałyśmy nikogo po drodze? - spytałam zaciekawiona.
- Trwają lekcje. Ja nie poszłam dziś do szkoły, bo trochę słabo się czułam. Zaraz wszyscy powinni wrócić. Zapoznam Cię z kilkoma osobami, jeśli chcesz.
Kiwnęłam głową na znak zgody i włożyłam swoje ubrania do szafy. Następnie zajęłam półkę w łazience. Po kilkunastu minutach wszystkie moje rzeczy leżały na swoim miejscu.
- Ach, tak. Prawie zapomniałam. Tutaj masz mundurek szkolny. Musisz go zakładać codziennie, ale ubierać możesz się w swoje ubrania. - podała mi jeansową kamizelkę z wyszytymi na niej odznakami szkoły. - Chodźmy na obiad.
Zeszłyśmy na dół i zwróciłyśmy się w stronę kuchni. Każda z nas wybrała potrzebne składniki. Postanowiłam zrobić sobie ulubioną sałatkę, ponieważ nie miałam chęci rządzenia się w kuchni pierwszego dnia i zajmowania pomieszczenia na dłuższy czas, aby zrobić sobie coś konkretniejszego. Usiadłam z Lucy naprzeciwko jednego z telewizorów i w spokoju jadłyśmy swoje potrawy. Dopiero kiedy moja nowa współlokatorka odgarnęła włosy na bok, zauważyłam u niej średniej wielkości tatuaż na szyi, niedaleko żuchwy w postaci liścia paproci.
- Masz tatuaż. - było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.
- Każdy ma. - zaśmiała się.
Nie zrozumiałam o co jej chodzi i spojrzałam na nią podejrzanie. Co ona gada? Przecież nie każdy na świecie ma tatuaż. Lucy, jakby czytając w moich myślach, powiedziała z uśmiechem:
- Każdy w tej szkole ma tatuaż w tym miejscu. Pojawia się on z chwilą pojawienia się mocy. Nauczyciele lub inni, którzy przeszli już przez okres nauki i osiągnęli pełnię wiedzy o swoim darze mają bardziej rozbudowany tatuaż, symbolizujący posiadaną moc. Też na pewno taki masz, pokaż.
Odgarnęłam włosy i pokazałam jej swoją szyję. Miała zdziwienie i przerażenie w oczach.
- Ale tu nic nie ma. - wyszeptała.
Po jej reakcji wiedziałam, że nie oznacza to niczego dobrego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz