Moim oczom ukazała się dwójka ludzi. Niska, rudowłosa kobieta oraz wysoki mężczyzna o jasnych włosach i ciemnych oczach. Oboje mieli zatroskane miny. Spoglądali na mnie z politowaniem, szczególnie ona.
- Słucham - powiedziałam, chcąc przerwać niezręczną ciszę.
- Weź walizkę z pokoju i idź do samochodu, zaraz ruszamy. - odpowiedział blondyn.
Obróciłam się na pięcie i już miałam wejść na schody, gdy znów usłyszałam ich głosy, jednak bardzo ściszone.
- Kochanie, nie martw się.
- Jim, przecież ona nie da sobie rady. Jest jeszcze taka młoda. - kobieta szlochała - Tutaj ma nas, przyjaciół... A tam? To zupełnie inny świat. Nikogo nie zna, nie chcę by czuła się inna z powodu...no sam wiesz czego. Kiedy już ułożyła sobie życie, znowu je rujnujemy.
- Melinda, nie rujnujemy jej życia. To nie nasza wina, że ma taki dar. Na pewno sobie poradzi, tam jest pełno takich jak ona. A to, że jest adoptowana, nic nie zmienia. - mężczyzna przytulił ją do siebie.
Serce zabiło mi szybciej. Znowu zaczynali, ta sama gadka od lat. Zauważyłam, jak na moich rękach pojawiają się coraz bardziej widoczne żyły. Wróciłam do pomieszczenia i oburzona wykrzyczałam:
- Nie jestem już małym dzieckiem! Pochodzenie z domu dziecka to nie choroba i przestańcie to w końcu tak traktować! Dam sobie radę, nawet bez Was!
Rudowłosa wybuchnęła płaczem, co sprawiło, że natychmiastowo się uspokoiłam. Zawsze tak działał na mnie jej płacz. Nienawidziłam siebie za to, że najczęściej to ja byłam jego powodem. Podeszłam do niej i ją przytuliłam.
- Mamo, tato... - odsunęłam się o krok - Nie martwcie się. To tylko nowa szkoła, a nie koniec świata. W końcu będę czuła się normalnie, nie jak dziwadło. - przerwałam na chwilę - Idę po swoje rzeczy.
Puściłam się biegiem w stronę schodów na piętro, na którym znajdował się mój pokój. Równie szybko chwyciłam walizkę i ostatni raz rozejrzałam się po pokoju. Łzy napłynęły mi do oczu, a kilka spłynęło nawet po policzkach. Szybko wytarłam je rękawem mojego sweterka i zeszłam do rodziców. Razem wyszliśmy na dwór. Spakowałam bagaż do bagażnika naszego BMW M3 i zajęłam miejsce na tylnym siedzeniu. Rodzice usiedli z przodu, ojciec za kierownicą. Ruszyliśmy. Włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam swoją ulubioną piosenkę, a później spojrzałam za okno.
Wspominałam chwilę, kiedy pierwszy raz usłyszałam od rodziców, że jestem adoptowana. Przypomniałam sobie swój gniew i rozczarowanie. Nie mogłam uwierzyć, że to prawda. Wtedy też pierwszy raz odkryłam swoją moc. Tata nazywał ją ,,darem". Zobaczyłam na rękach żyły, za bardzo widoczne. Nagle poczułam, że moje ręce są mokre. Spojrzałam na swoje dłonie, z których, jak gdyby nigdy nic, leciały strumienie wody.
Długi czas minął zanim zaakceptowałam to, czym zostałam obdarzona. Musiałam nauczyć się kontrolować moc, jaką była umiejętność panowania nad cudownym żywiołem - wodą. Potrafiłam robić różne sztuczki z wody, ale też umiałam ,,wytworzyć" własną wodę.
Rodzice od razu to zaakceptowali i zawsze mnie wspierali. Byli nadopiekuńczy, za co ich nie znosiłam, ale w gruncie rzeczy to dobrzy rodzice, choć nie biologiczny. Nigdy nie chciałam poznać kobiety, która mnie urodziła ani mężczyzny, który mnie spłodził. Moje życie i tak było wystarczająco skomplikowane.
Moc, czy inaczej dar, nie ułatwiały sprawy. Coraz ciężej było mi ukrywać umiejętność panowania nad żywiołem, szczególnie, że niekiedy ułatwiała ona życie. Odizolowałam się od ludzi z mojej szkoły, żeby się nie wydać. Wiedziałam, że nie mogę tego pokazać zwykłym ludziom. Rodzice znaleźli szkołę, do której wysyłane były dzieci z nadprzyrodzonymi zdolnościami. Matka zadzwoniła do właściciela tej placówki i załatwiła mi tam miejsce. Szkoła znajdowała się bardzo daleko od mojego domu. Dodatkowo, była zupełnie oddzielona od reszty świata. Nikt ani nic ,,normalnego" nie miało tam wstępu. Właśnie tam jechaliśmy.
***
Witam! Oto tak prezentuje się prolog mojej nowej pracy. Zapraszam do czytania, komentowania i obserwowania bloga. Mam ogromną nadzieję, że moje tzw. wypociny przypadną komuś do gustu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz