piątek, 28 kwietnia 2017

Rozdział 7

Wstałam wcześnie rano, ubrałam się, uczesałam i zeszłam na śniadanie. Nie oczekiwałam, że kogoś tam spotkam, bo wszyscy jeszcze spali. Usmażyłam sobie jajka, wzięłam chleb i usiadłam w kącie stołówki. Powoli jadłam, wpatrując się tępo w siedzenie naprzeciwko mnie. Nagle ktoś zajął to miejsce. Otrząsnęłam się i szybko przełknęłam to, co miałam w ustach. Prawie się zadławiłam, kiedy zobaczyłam, że przede mną siedzi nie kto inny, jak słynny Aron.
- Kogo my tu mamy? Słodka Melanie Blackbird - zaśmiał się szyderczo.
Serce zabiło mi szybciej, kiedy nazwał mnie słodką, ale postanowiłam się ogarnąć.
- Skąd wiesz jak się nazywam? I kim w ogóle jesteś? - udawałam, że go nie kojarzę.
- Nazywam się Aron Mayer. Twoja osoba zaciekawiła mnie, kiedy bezczelnie wlazłaś mi na tor podczas mojego treningu, więc postanowiłem dowiedzieć się o Tobie czegoś więcej.
Chociaż wszystko we mnie buzowało i ledwie trzymałam uczucia na wodzy, nic nie mówiłam i starałam się unikać jego wzroku. W spokoju dalej jadłam swoje śniadanie, ledwo przełykając kawałki jedzenia. Czekałam, aż sobie pójdzie, ale to nie miało nastąpić szybko. Zaczęłam się niecierpliwić i coraz bardziej stresować. Wiedziałam, że próbuje wymusić na mnie lęk przed nim i szacunek.
- Więc czego ode mnie chcesz? - zapytałam, podnosząc ostatni kęs chleba do ust.
- Masz w sobie coś, co mnie niezwykle drażni i....
- No więc lepiej mnie unikaj, nie zepsujesz sobie nerwów - przerwałam mu i uśmiechnęłam się chytrze.
Chyba nie spodziewał się takiej reakcji, więc zrobił zdziwioną minę, ale trwało to zaledwie chwilę. Później spiął się i wyglądał na urażonego tym, że mu przerwałam.
- Miło było Cię poznać, Aronie - uśmiechnęłam się ponownie, zabrałam talerz i pomaszerowałam w kierunku zmywarki. Po drodze widziałam jeszcze jego spojrzenie, pełne pogardy, ale zaśmiałam się w duchu z satysfakcją, że udało mi się wyprowadzić go z równowagi i wróciłam do pokoju.
Spakowałam rzeczy do torby, obudziłam Lucy, aby nie spóźniła się do szkoły i zdążyła zjeść śniadanie i poszłam w stronę drzwi wyjściowych. Kiedy znalazłam się na zewnątrz, wzięłam głęboki wdech i poczułam, jak świeże poranne powietrze wypełnia moje płuca. Z radością postawiłam kilka kroków, nie myśląc nawet o tym, gdzie idę. Wtedy przypomniałam sobie o wizycie u kapłanki. Szybko zwróciłam się w stronę świątyni.
Zapukałam, ale nikt się nie odezwał. Traktowałam to miejsce bardziej jako dom Avril, niż miejsce modłów. Dlatego zawsze z grzeczności pukałam, chociaż nie było to wymagane. Powoli weszłam do budynku i od razu skierowałam wzrok w stronę schodów, na których już stała piękna kobieta w przewiewnej białej sukni. Jej włosy sięgały aż do pasa i splecione były w warkocz. Od razu wykonałam gest na przywitanie, skrzyżowałam dłonie na klatce i pochyliłam się. Ona zrobiła to samo, kiedy tylko zeszła ze schodów.
- Dowiedziała się pani czegoś o mnie? - zapytałam.
- Mów mi Avril - uśmiechnęła się promiennie - Niestety, w żadnych źródłach nie ma opisanego Twojego przypadku. Ja także nie spotkałam się nigdy z niczym takim. Musisz być naprawdę albo bardzo wyjątkowa albo... - nie dokończyła. Zapewne chciała powiedzieć coś, co mogłoby mnie urazić.
- Myślę, że powinnaś sama zapytać o to boginię. Ona zna odpowiedzi na wszystkie pytania. W końcu to ona nadała Ci moc - wskazała mi drzwi do głównego pomieszczenia w świątyni.
Niechętnie weszłam do środka. Zajęłam miejsce w jednej z ławek przed pomnikiem bogini Sati. Na początku wydawało mi się to strasznie głupie. Wcale nie chciałam rozmawiać z kamiennym posągiem. Myślałam, że będzie to polegało na tym samym, co modlitwa chrześcijańska. Ja będę coś mówiła, a Bóg i tak mi nie odpowie. Nie wiedziałam jak bardzo się mylę.
- Bogini, bardzo mnie zastanawia, dlaczego obdarowałaś mnie mocą, ale nie podarowałaś mi tatuażu. Czuję się przez to odmienna. Czy moja moc jest tymczasowa? Czy tylko ją sobie... wymyśliłam? - szeptałam.
Nie oczekiwałam niczego, myślałam, że tak to się skończy. Nagle jednak poczułam powiew wiatru, usłyszałam cichy śpiew ptaków, poczułam naturę. Zakręciło mi się w głowie, poczułam się słabo. Osunęłam się z ławki i upadłam na podłogę. Jakaś siła kazała mi zamknąć oczy. Nie mogłam wziąć oddechu. Strasznie się bałam, nie wiedziałam, co się ze mną dzieję. Myślałam, że umieram. Chciałam krzyczeć, wzywać pomocy, ale nie potrafiłam wydusić z siebie ani słowa. Zaczęłam się dusić i panicznie próbować złapać oddech, choć trochę powietrza. Kątem oka zobaczyłam, że w moją stronę biegnie kapłanka. Ukucnęła przy mnie, objęła moją twarz dłońmi. Zaczęła coś szeptać. Jej oczy zrobiły się prawie zupełnie białe.
Nagle poczułam zupełną ulgę i spokój. Wszystko ucichło. Nadal nie mogłam oddychać, ale wcale się tym nie przejmowałam. Wszystko zdawało się być takie beztroskie i obojętne. Pozwoliłam sobie odpocząć i straciłam przytomność.
Obudziłam się i zobaczyłam przed sobą przepiękną kobietę. Biło od niej cudowne światło, które kusiło mnie, aby do niej podejść. Tak też zrobiłam.
- Witaj, Melanie. Jestem Sati. Zadałaś mi pytanie, więc postanowiłam, że Ci na nie odpowiem. Jednak nie mogę udzielić Ci zupełnej odpowiedzi. Nie martw się, z Twoją mocą wszystko jest w porządku. Jest stała i wyjątkowa. Ty jesteś wyjątkowa. Musisz jedynie czekać - uśmiechnęła się łagodnie.
Nie zdążyłam się odezwać, kiedy ziemia się pode mną zapadła i zaczęłam spadać długim, ciemnym tunelem. Gdy byłam już na samym dole i miałam uderzyć o dno, ocknęłam się.
Teraz leżałam w ramionach kapłanki. Głaskała moje włosy i powtarzała cały czas moje imię. Jej oczy znowu były normalne. Delikatnie się podniosłam i usiadłam.
- Czy ja zemdlałam? - zapytałam, niczego nie pamiętając.
- Sati wzięła Cię na rozmowę.
- Jest cudowna - nagle wszystko mi się przypomniało - Ale sam etap ,,przejścia" do niej nie jest najlepszym przeżyciem - zaśmiałam się.
- Wiem - pokiwała ze zrozumieniem - Wiele razy sama to przeżywałam, dlatego przyszłam Ci na pomoc z moją mocą, żebyś tak bardzo nie cierpiała. Za pierwszym razem można się poważnie wystraszyć, ale ja już się przyzwyczaiłam.
- Która godzina?! - spojrzałam na zegarek zdenerwowana.
- 10.20, kochanie.
- Jak to możliwe? Leżałam tu 4 godziny?! Co ze szkołą?
- Spokojnie, zwolniłam Cię. Wyjaśniłam wszystko dyrektorowi, rozumie takie sprawy. Wróć do internatu, najlepiej coś zjedz i odpocznij. To trudne przeżycie.
Pokiwałam głową, podziękowałam za wszystko i opuściłam świątynię. Wróciłam na stołówkę, jednak nie miałam ochoty nic jeść. Czułam, że szybko wszystko zwrócę. Usiadłam przed jednym z telewizorów w salonie i oglądałam poranne wiadomości. Wtem ktoś przeskoczył przez oparcie kanapy i usiadł obok mnie, kładąc rękę na moim ramieniu. Był to nieznajomy chłopak, więc szybko się odsunęłam. Przede mną pojawiło się jeszcze kilku innym, a wśród nich także Aron.
- Hej, to znowu ja - wyszczerzył się złowieszczo.
- Czego chcesz? - zezłościłam się. Wcale nie miałam ochoty z nim gadać i poznawać tego dupka.
Zignorował moje pytanie i zaczął przedstawiać mi swoich kumpli, którzy nie byli jakoś wyjątkowo przystojni. Powiedziałabym, że raczej przeciętni.
- Od lewej: Sky - szybkość, Kasper - czytanie w myślach, Lucas - klonowanie, a ten tutaj - wskazał chłopaka, siedzącego obok mnie - to Ivan - prąd. Mnie już znasz - zaśmiał się na koniec.
- Super, bardzo mi miło - próbowałam udawać uprzejmą - Nie powinniście być teraz w szkole?
- Ty chyba też, słonko.
- Mam swoje powody - wywróciłam oczami.
Już miał zacząć coś mówić, kiedy podbiegła do niego jakaś dziewczyna i zaczęła namiętnie całować go w usta. Rozpoznałam, że była to Amber. Skrzywiłam się i natychmiast wyszłam z pomieszczenia. Obrzydliwe. Oby tylko nie zlizał jej tapety z twarzy...
Weszłam do pokoju i położyłam się na łóżku. Nagle zaczęła piec mnie szyja...

Brak komentarzy: